|
Wczytuję...
O Wiśle w WarszawieWarszawa – miasto odwrócone od WisłyŚwiadomie tekst poświęcony Wiśle zaczynam od Loary. Loara ze względu na pewne analogie z Wisłą może być traktowana jako przykład dobrej praktyki dla wielu działań, które mam nadzieję zostaną podjęte w stosunku do Wisły. Gdy 13 grudnia 1981 ogłoszono w Polsce stan wojenny, we Francji, w Orleanie – mieście nad Loarą – pracujący tam od lat hydrolog Zbigniew Gąsowski założył Stowarzyszenie Wisła – Loara. Zbyszek (jesteśmy na ty od ponad 60 lat) wychował się nad Wisłą, w Warszawie, na Saskiej Kępie, a pracował jako inżynier – hydrolog w Orleanie nad Loarą (za wyniki tej pracy przyznano mu Legię Honorową). Te okoliczności życiowe, zawodowe i sentymentalne spowodowały nadanie takiej właśnie nazwy Stowarzyszeniu, które organizowało pomoc dla Polski, wysyłając dziesiątki transportów, głównie lekarstw. Stan wojenny się skończył, Polska wróciła do Europy, a Stowarzyszenie nadal istnieje i funkcjonuje. Należą do niego młodzi ludzie, którzy stan wojenny znają z opowieści rodziców. Postaram się wyjaśnić, dlaczego istnienie Stowarzyszenia nadal ma sens. Loara jest podobna do Wisły. Podobnie jak Wisła była przez wieki ważną arterią komunikacyjną. Z południa Francji płynęły na północ transporty towarów, głównie wina, zaś Wisłą płynęło do Gdańska zboże i inne towary. Loara wypływa z Masywu Centralnego, a Wisła z Karpat, co w obydwu przypadkach skutkuje katastrofalnymi powodziami, wywoływanymi opadami w górach. W dolinie Loary istnieją historyczne miasta i słynne zamki, a w dolinie Wisły mamy Kraków, Sandomierz, Kazimierz, Warszawę, Toruń, Chełmno, Gdańsk i inne miasta obfitujące w cenne zabytki. Analogie można mnożyć. Istnieje jednak różnica – Loara jest nadał ważnym elementem życia społeczności zamieszkującej dolinę, a Wisła robi wrażenie rzeki zapomnianej. W dorocznych spływach Loarą z wykorzystaniem tradycyjnych, używanych na tej rzece łodzi biorą udział dziesiątki jednostek – przykłady aktywności związanej z Loarą są liczne.. Marginalizację Wisły zilustruję przykładem jej warszawskiego odcinka, bo jestem warszawiakiem, związanym podobnie jak Zbyszek Gąsowski z Wisłą i chciałbym, aby miasto wróciło nad rzekę. Stowarzyszenie Wisła – Loara promuje Wisłę we Francji organizując spływy i wycieczki przyrodnicze i krajoznawcze. W roku 1996 Zbyszek, wykorzystując tradycyjną pychówkę, przepłynął trasę z Krakowa do Orleanu. Jak dotychczas jest to indywidualny wyczyn, nie mający naśladowców. Pewne działania, podjęte w ostatnim okresie zarówno przez administrację Warszawy, jak i przez działaczy społecznych, pozwalają sądzić, że powrót nad Wisłę jest realny. Wymaga to promocji i edukacji – pewne elementarne wiadomości postaram się podać w tym artykule. Ponieważ jestem inżynierem budownictwa wodnego będę pisał o sprawach, w których jestem kompetentny. Jak było kiedyś - wspomnienia starszego panaPo wojnie była bieda i Żelazna Kurtyna. Urlop na Lazurowym Wybrzeżu, a dla wielu nawet nad Bałtykiem był poza zasięgiem. Warszawiacy nie mieli samochodów i działek rekreacyjnych, ale mieli Wisłę i z niej korzystali. W pogodne letnie niedziele z autobusów i tramwajów na praskim brzegu Wisły wysypywały się tłumy warszawiaków idących nad Wisłę. Tuż powyżej Mostu Poniatowskiego była przystań Pana Kalickiego z wypożyczalnią kajaków i hamburek. Poniżej i powyżej mostu ciągnęły się szerokie piaszczyste plaże. Największa Plaża Miejska była ogólnie dostępna inne należały do licznych klubów. Woda w Wiśle była czysta, a przy plażach były wygrodzone palikami kąpieliska strzeżone przez ratowników. Rzeka była biała od żagli, a plaże wyglądały tak jak w Sopocie w szczycie sezonu. Widać to na Fot 1. wykonanej, jak się wydaje, w końcu lat pięćdziesiątych. Wieczorami na przystaniach grały orkiestry i trwały tańce. Gdy uruchomiono linię autobusową 113 wzdłuż Wału Miedzeszyńskiego, amatorzy dzikich plaż mieli dostęp do kilkunastu kilometrów atrakcyjnych terenów – plaż, i nadwiślańskich łęgów. Co roku organizowano wyścig pływacki Wilanów–Warszawa i regaty żeglarskie Góra Kalwaria–Warszawa. Polska YMCA miała nowoczesną przystań, która teraz znajduje się koło nieistniejącego wówczas Mostu Łazienkowskiego. Należałem do tej organizacji, później zlikwidowanej za złe pochodzenie (przystań przejął Młodzieżowy Dom Kultury). Korzystałem z Wisły, przystani i plaż, żeglując, kajakując, pływając i łowiąc ryby od maja do października (z wyraźną szkodą dla obowiązków szkolnych i studenckich). Zimą w klubach prowadzono zajęcia sportowe i szykowano sprzęt do kolejnego sezonu. Te moje młodzieńcze związki z Wisłą były jedną z przyczyn wyboru zawodu – zostałem hydrologiem. Potem przyszła fascynacja górami, związki z Wisłą ustały i gdy się zestarzałem, stwierdziłem, że krainy mojej młodości nie ma, a warszawiacy (ja również) dni wolne spędzają nad Zalewem Zegrzyńskim lub na działkach rekreacyjnych. Nie tęsknię za zgrzebnym PRL-em, ale szkoda mi Wisły. Degradację terenów powyżej i poniżej mostu Poniatowskiego pokazują Fot. 2 i Fot. 3 – pamiętajmy, że tam, gdzie widać hałdy gruzu i busz, były plaże i przystanie klubów! Postaram się wyjaśnić przyczyny zmiany. Wydaje się, że dla lepszego zrozumienia sytuacji trzeba podać trochę podstawowych informacji. Źródła informacji o poziomach wody i przepływach Wisły w WarszawieDo XVIII wieku źródłem informacji o poziomach wody w Wiśle są wyłącznie kroniki oraz wzmianki w prasie i literaturze. Informacje te dotyczą zjawisk ekstremalnych, powodzi i suszy, bowiem tylko takie zdarzenia uznawano za warte odnotowania. W 1799 roku rozpoczęto w Warszawie systematyczne obserwacje wodowskazowe. Tradycyjny wodowskaz to deska z podziałem (aktualnie centymetrowym, kiedyś w sążniach) umocowana do filaru mostowego, pala wbitego w dno rzeki lub umocnionego nabrzeża. Obserwujemy stany wody (odczyty wodowskazowe), które liczbowo są równe odległości (mierzonej w centymetrach) pomiędzy poziomem wody w rzece a „zerem wodowskazu”, czyli punktem na łacie wodowskazowej, od którego zaczyna się podziałka. Początkowo podczas instalacji łaty, zero wodowskazu ustalano często w przybliżeniu na poziomie dna rzeki i wówczas stan wody odpowiadał maksymalnej głębokości w profilu wodowskazowym. Szybko stwierdzono, że głębokości (przy tym samym przepływie!) zmieniają się ciągle w miarę przemieszczania się ławic piasku w korycie, a wskutek erozji dno się obniża i pojawiają się odczyty ujemne. W takich przypadkach obniżano poziom zera wodowskazu o 1 lub 2 metry. Aktualnie całkowicie nieuprawnione jest utożsamianie stanu wody z głębokością, jest to błąd często popełniany przez laików. Poziom zera wodowskazu zawsze nawiązuje do systemu niwelacji państwowej, co umożliwia łatwe przeliczenie stanu wody na rzędną zwierciadła wody w profilu wodowskazowym (czyli wzniesienie zwierciadła wody nad poziomem morza). Obserwacje wodowskazowe na Wiśle w Warszawie zapoczątkował w roku 1799 nauczyciel fizyki liceum warszawskiego, Antoni Magier, który niemal każdego dnia odnotowywał wysokość stanu wody na wodowskazie usytuowanym przy moście pontonowym, łączącym ulicę Bednarską z Brukową . W 1861 roku Wilhelm Kolberg opublikował wyniki tych pomiarów w swojej pracy, w rozdziale zatytułowanym „Wykaz stanu wody na Wiśle pod Warszawą od roku 1799 do 1860”. W wieku XIX w Europie powstawały państwowe służby hydrologiczne. Do ich obowiązków należały m. in. systematyczne obserwacje wodowskazowe. Aktualnie w Polsce służbę hydrologiczną pełni Instytut Meteorologii i Gospodarki Wodnej, a większość wodowskazów zaopatrzona jest w rejestratory stanu wody, często z możliwością odczytu zdalnego w siedzibach Instytutu. Ciąg obserwacji wodowskazowych w Warszawie obejmuje okres ponad 200 lat. Lokalizację wodowskazu zmieniano wielokrotnie, ale zawsze dbano o jednorodność obserwacji. Przenosząc wodowskaz ustawiano nową łatę w ten sposób, aby stany wody na starym i nowym wodowskazie były identyczne. Miarą ilości wody płynącej w rzece jest natężenie przepływu, zwane najczęściej przepływem. Jednostką natężenia przepływu Q jest m3/s, czyli ilość metrów sześciennych wody przepływającej przez określony przekrój poprzeczny rzeki (np. przez przekrój Mostu Poniatowskiego) w ciągu sekundy. Natężenia przepływu nie są mierzone przez służbę hydrologiczną w sposób ciągły (tak jak stany wody). Pomiary natężenia przepływu są wykonywane kilkanaście razy w ciągu roku, a na podstawie ich wyników tworzy się zależność pomiędzy stanem wody a przepływem. Wykorzystując tę zależność, zwaną krzywą przepływów, służba hydrologiczna opracowuje codzienne wartości przepływów. Wisła należy do rzek o bardzo dużej zmienności poziomów wody i przepływów. W Warszawie amplituda wahań stanów wody przekracza 8 metrów, zaś przepływy (zaobserwowane) wahają się od 100 m3/s (podczas głębokiej suszy) do 6000 m3/s (podczas wysokiego wezbrania). Średni przepływ wynosi 500 m3/s.. Są to naturalne wahania, których nie jesteśmy w stanie realnie istotnie zmniejszyć. Należy ten fakt uwzględnić podczas rozważania różnych sposobów zagospodarowania i wykorzystania Wisły warszawskiej. Aby uświadomić znaczenie podanych ocen przepływów, posłużymy się analogią. Jak napisano wyżej, w przypadku Warszawy średnie natężenie przepływu Wisły z wielolecia wynosi 500 m3/s. Typowa cysterna przewożąca benzynę ma pojemność 30 m3. Cysterny jadące w kolumnie (dla uproszczenia – bez odstępów, zderzak w zderzak) z prędkością 80 km/godz. przewożą przez każdy przekrój poprzeczny szosy ok. 50 m3 benzyny lub innej cieczy w ciągu jednej sekundy. Tak więc gdybyśmy chcieli przewieźć cysternami ilość wody płynącej średnio w Wiśle w Warszawie, musielibyśmy wybudować drogę o 10 pasmach ruchu i załadować tę wodę do 10 kolumn typowych cystern jadących z prędkością 80km/godz. Zważywszy iż 1m3 wody waży 1000kg Wisłą, w Warszawie przepływa średnio 500 ton wody w ciągu jednej sekundy. Średni przepływ Wisły w profilu jej ujścia do Bałtyku wynosi ok. 1000 m3/s. Wezbrania i powodzieWezbraniem nazywamy wzrost poziomów wody, natomiast wysokie wezbranie, powodujące szkody materialne i zagrożenie dla życia ludzi, nazywamy powodzią. Typowe dla Wisły w Warszawie są wezbrania roztopowe, powodowane tajaniem śniegu, występujące najczęściej w marcu i kwietniu oraz wezbrania opadowe, występujące najczęściej czerwcu, lipcu i sierpniu. Wypisy z kronikWysoki poziom Wisły w Warszawie, zalania wodą nisko położonych terenów, ofiary wylewów i prowadzone akcjach pomocy były często odnotowywane w zapiskach sprzed wieków. Oto kilka przykładów: W wieku XIII odnotowano cztery powodzie, w tym, z roku 1270, kiedy to w okresie od końca czerwca do połowy sierpnia wylewy wody Wisły poczyniły wiele szkód; W 1474 roku Wisła, zalawszy łąki miejskie, utworzyła łachę, która przywilejem Ks. mazowieckiego Bolesława, z dnia 5 maja 1474 roku, nadana została Warszawie; W 1475 roku wielki wylew Wisły zniszczył wszystkie osady od murów miejskich do Solca. Zniszczeniu uległy również zasiewy; W 1493, za przedostatniego udzielnego księcia mazowieckiego, Konrada III, olbrzymi wylew Wisły zniszczył wiele domów położonych nad brzegiem rzeki, a prócz tego i kościół oo. trynitarzy na Solcu; W 1603 roku most na wprost ulicy Chwaliszewo, którego budowę rozpoczął Zygmunt August w 1568 a ukończyła ją Anna Jagiellonka w 1573, został doszczętnie zniszczony; W 1635 roku "Wisła tak rozlała, że na Pradze tylko dachy domów było widać i na 4 mile ku Radzyminowi pola i wioski zalane z wielką szkodą gospodarzy” (za: Albrecht Stanisław Radziwiłł „Pamiętniki rzeczy znaczniejszych, które działy się w Polsce po śmierci Zygmunta III”. Poznań 1839); W 1656 „ zniszczony został most zbudowany przez Kazimierza Sapiehę wprost własnego pałacu na Solcu na Kępę Kawczą” Kolejne zniszczenia mostów odnotowano: w roku 1775 (zniszczony został przez wodę most Adama Poniatowskiego), w roku 1807 (most palowy wprost ulicy Mariensztat), w roku 1808 (most francuskiego marszałka Davousta wprost ulicy Bednarskiej); Wszystkie wymienione mosty były mostami na palach lub na łodziach. Wezbrania w okresie regularnych obserwacjiW roku 1779 rozpoczęto regularne obserwacje, a dane o najwyższych wezbraniach zestawiono w poniższej tablicy.: Najwyższe wezbrania w Warszawie zaobserwowane w okresie od roku 1799 do 2008
Jak widać pierwsza połowa XIX wieku charakteryzowała się dużą liczbą wezbrań. W tym okresie odnotowano dwie najwyższe wartości stanu wody w Warszawie, latem w roku 1813 i 1844. Wezbranie w sierpniu i wrześniu 1813 roku najsilniej zaznaczyło się na górnej Wiśle i Dunajcu oraz na Wiśle środkowej i dolnej. Miało ono największy zasięg z notowanych do owego roku i utrudniło m.in. odwrót wojsk napoleońskich z kampanii rosyjskiej. W Warszawie wezbranie było niezwykle gwałtowne, woda zalała tereny przyległe do rzeki na odcinku od Wilanowa do Kazunia, m.in. Park Łazienkowski. Wezbranie letnie 1813 roku poprzedzone było mniejszym wezbraniem wiosennym, podczas którego wystąpił, jak pisze kronikarz „…straszny stan powodzi znoszącej mosty, budynki, tamy, najsilniejsze liny i łańcuchy jak nitki pajęcze – trwał dni 10 do 12. Nie było wtedy jeszcze nad Wisłą bulwarów, przeto woda zalała ulice: Solec z kościołem, Czerniakowską, Fabryczną, Przemysłową, Dobrą, Topiel, Furmańską, Browarną, Sowią, Rybaki z przecznicami”. Kolejne duże wezbrania wystąpiły w 1837, 1838 i w sierpniu 1839 roku. To ostatnie zalało nowo wybudowane, lecz za niskie kamienne bulwary. Podczas wezbrania w lipcu 1844 roku Wisła w Warszawie osiągnęła najwyższy zanotowany dotąd poziom, który po przeliczeniu na aktualną rzędną zera wodowskazu wyniósł 863 cm (przy takim stanie aktualna rzędna korony wału Wybrzeża Szczecińskiego na wysokości ostrogi przy Porcie Praskim przewyższałaby rzędną zwierciadła wody zaledwie o 7 cm). A oto jak relacjonowali wydarzenia naoczni świadkowie (za: Galiński, 1960): „Powódź świętojańska w lipcu 1844, nastąpiwszy znienacka wywołała klęskę. Zalana była wówczas cała Saska Kępa na przestrzeni 5 wiorst w kwadrat. To samo Zerzno i Gocław, dokąd docierały parowe statki „Warszawa”, „Wisła” „Płock”, „Maurycy”, dowożąc żywność i ratując ludność, która się chroniła z częścią dobytku na dachach domostw. Wyżej położone kolonie: „Pod Dębem”, „Prado” i „Pod Lwem” wyglądały jak wyspy, gdzie koczowało ratując życie po kilkadziesiąt osób, które zdążyły uciec. Członkowie Warszawskiego Towarzystwa Wioślarskiego i szarytki od Św. Kazimierza z Tamki dowozili im żywność. Woda zabrała wiele dobytku. Wg obliczeń, samego siana zabrała za 100 tys. rubli. Zarysował się drugi filar mostu pod Cytadelą, filary starego mostu Kierbedzia w ľ pogrążyły się w wodzie. Wg sprawozdawcy „Kuriera Warszawskiego” z 23 czerwca 1844, woda niosła z góry cały drewniany most długości kilkudziesięciu stóp, na dwóch łyżwach z poręczami. Widziano też część dachu pędzoną prądem wody. Na słomianym pokryciu trzymało się kilka owiec beczących żałośnie. W pobliżu mostu kolejowego spostrzeżono konia w uprzęży płynącego wraz z wozem. Wprost Tamki płynął drugi koń, a obok miotane wściekłą falą szczątki tratew, krzaki, belki, drzewa i stogi siana. W dniu 23 czerwca 1844 poziom wody na Wiśle dosięgał o godzinie 3 rano 21 stóp i 2 cali. Park wilanowski zalany był aż do tarasu pałacowego. Pod wodą były: Marysin, Augustówka, Zawady, Siekierki oraz Czerniaków. Park praski oraz ulica Wałowa na Pradze były zalane. Przez wał wprost ulicy Bednarskiej woda przelewała się w ulicę jak z przepełnionej szklanki. W drodze z Warszawy do Dęblina jechało się aż do Wawra brzegiem rozlanych wód Wisły, która sięga szosy (ta dawna szosa biegła w pobliżu obecnej linii kolejowej, co daje pogląd na zasięg zalewu. Przyp. J. Żelaziński). W Dęblinie woda porwała most kolejowy będący w budowie, co dało straty przeszło 0,5 mln rubli”. Kolejne, znaczące wezbrania pojawiły się w 1854 i 1855 roku oraz w latach 1867, 1884, 1888 i 1889. W wieku XX największe wezbrania w dorzeczu Wisły powyżej Warszawy wystąpiły w okresie letnim w latach 1934, 1960, 1962, 1997, 2001 oraz podczas roztopów 1924 i 1947 roku. W lipcu 1934 roku przyczyną powodzi były obfite opady deszczu, które objęły karpackie dopływy Wisły po San. W rejonie Warszawy po przerwaniu wałów w Wilanowie woda dotarła na odległość około półtora metra od pałacu królewskiego. Najwyższy stan wody w XX wieku zanotowany został 31 lipca 1960 (H=787 cm) i 9 czerwca 1962 (H=780 cm). Fale przechodzące przez Warszawę nie spowodowały większych strat, choć stanowiły duże zagrożenie dla wałów przeciwpowodziowych i niżej położonych terenów. Dziennik „Życie Warszawy” z 31 lipca 1960 roku donosił o zabezpieczaniu brzegów, wstrzymaniu ruchu kołowego wzdłuż wybrzeży i pogotowiu ewakuacyjnym dla obszaru Doliny Wilanowskiej, Zawad, Siekierek i lotniska na Gocławiu. Ostatnie duże wezbrania opadowe w 1997 i 2001 roku, stwarzały ogromne zagrożenie powyżej Warszawy. Mimo, że w Warszawie stan wody osiągnął H=706 cm, fala wezbraniowa przepłynęła przez miasto spokojnie, nie powodując większych szkód. Wśród wezbrań roztopowych XX wieku duże szkody w Warszawie spowodowała powódź z marca 1924. Katastrofę spotęgował zator lodowy, który utworzył się poniżej Warszawy, na odcinku od Kępy Kiełpińskiej do Sochocina. Lód wypełnił przekrój koryta rzeki od dna do wysokości 2 m powyżej zwierciadła wody. Spiętrzona woda przerwała wały pod Burakowem i Jabłonną, co zwiększyło rozmiar powodzi. W nocy 26/27 marca 1924 ulica Czerniakowska zalana była wodą do wysokości 0,5 m. Woda wdarła się na Siekierki, Potok i Pelcowiznę. Poniżej Warszawy, na lewym brzegu, teren zalewowy sięgał do Bzury. Odnotowano ofiary w ludziach, duże straty w zasiewach i zwierzętach gospodarskich. Kolejnym wielkim wezbraniem roztopowym w Warszawie była powódź w marcu 1947. Pochód kry i liczne zatory piętrzyły wodę tak, że zalała ona tereny w rejonie Wilanowa, a kra zniszczyła wybudowany tuż po wojnie drewniany most tzw. Wysokowodny, u wylotu obecnej ulicy Okrzei. Czy Warszawie grozi powódź ?Ostatnia „prawdziwa” powódź, tj. wezbranie powodujące straty, wydarzyła się w Warszawie w 1947 roku. Ponad 60 lat bez powodzi uśpiło czujność. Wielokrotnie, gdy mówiłem o zagrożeniu miasta katastrofą, rozmówcy ze zniecierpliwieniem machali ręką. Niedocenianie zagrożenia to wielki błąd. Jest kilka przyczyn tego pozornego braku zagrożenia: W całym XX wieku nie wystąpiły w dorzeczu górnej i środkowej Wisły tak katastrofalne opady jak np. w roku 1813 i 1844. Jest to moim zdaniem tylko przypadek. Jeśli wierzyć prorokom katastrofy klimatycznej, czeka nas nasilenie zjawisk ekstremalnych. Jak dotąd obserwacje hydrologiczne tego nie potwierdzają, ale z pewnością nie można wykluczyć, że opady podobne do zaistniałych w XIX wieku mogą się powtórzyć. Skutki takiej powtórki byłyby tragiczne. Górną i środkową Wisłę obwałowano w XX wieku, odcinając tereny zalewowe łagodzące wezbrania, co potęguje zagrożenie Warszawy. Wystąpienie aktualnie sytuacji opadowej z 1813 roku w moim przekonaniu spowoduje przerwania wałów i zalanie znacznej części miasta zwłaszcza Pragi. Porównanie rzędnej zwierciadła wody w Wiśle zaobserwowanej w 1844 roku z rzędnymi terenów aktualnie gęsto zabudowanych prowadzi do wniosku, że wiele domów uległoby zalaniu do poziomu 2 piętra. Podobny pozorny spokój wystąpił w dolinie Odry. Pomiędzy rokiem 1903 a 1997 nie było tam żadnej katastrofalnej powodzi. W roku 1997, przed pamiętną powodzią, eksperci oceniali dla Raciborza wielkość przepływu katastrofalnej powodzi, tak zwanej wody stuletniej, na 1600 m3/s. W lipcu 1997 roku przepływ w Raciborzu był dwukrotnie większy, a poziom wody o blisko 2 metry wyższy od eksperckich ocen – skutki pamiętamy z telewizji. Po powodziach w 1947, 1960 i w 1962 roku wały chroniące miasto podwyższono. Jest dobrze, dopóki wały nie ulegną awarii, ale awaria (zawsze możliwa) wyższego wału spowoduje większe szkody. Zrzuty do Wisły wielkich ilości wód podgrzanych z elektrowni Połaniec, Kozienice, Siekierki i Żerań oraz ciepłe zimy faktycznie zmniejszyły zagrożenie powodziami zatorowymi. Trzeba jednak pamiętać, że w 1982 roku, kiedy pracowały wymienione elektrownie, powstał na Wiśle zator lodowy, który wywołał katastrofalną powódź między Włocławkiem a Płockiem. Zator ten sięgał Warszawy, ale nie spowodował wysokiego wezbrania, bowiem gdy dotarł do miasta, przepływy w Warszawie były niskie. Zważywszy wymienione okoliczności rozważając przyszłość Wisły warszawskiej należy zawsze ochronę przed powodzią traktować jako priorytet. Wrócę do tego tematu dalej, nawiązując m. in. do Loary. Dlaczego zniknęły plażeKilka lat temu płynąłem z kolegą kajakiem Pilicą i Wisłą do Warszawy. Mój towarzysz człowiek z poza branży hydrotechnicznej był zachwycony krajobrazem Wisły poniżej ujścia Pilicy Mijaliśmy liczne wyspy piaszczyste oraz w różnym stopniu porośnięte krzakami i drzewami. Rozległe plaże kojarzyły się z Bałtykiem. Koryto zbliżało się miejscami do kilkumetrowych skarp podziurawionych gniazdami jaskółek. I nagle sielanka się skończyła - wpłynęliśmy w monotonny kanał otoczony nasypami z gruzu i brudnymi kamieniami. Zwarta wysoka roślinność zakrywała widok brzegów. Znikły wyspy i plaże. .Zaczęła się Wisła warszawska. Kolega znający moją profesję zapytał: – Po co żeście tak tę rzekę zniszczyli ? (naprawdę użył znacznie dobitniejszego określenia). Było to dobre pytanie, na które nie miałem dobrej krótkiej odpowiedzi, chociaż cisnęło się na usta – w ostatnich latach głownie z głupoty zakodowanej w anachronicznym prawie wodnym. Wisłę regulowano na tym odcinku od stu lat, budując coraz dłuższe tamy poprzeczne „główki” (widoczne na Fot. 4.), opaski i tamy podłużne. Deklarowane cele regulacji to umożliwienie żeglugi większych jednostek, ochrona wałów, ujęć wody i innych elementów infrastruktury oraz ułatwienie spływu lodów (zapobieganie zatorom). Dominował cel żeglugowy – dążono do przerobienia Wisły na drogę wodną podobną do Renu czy Dunaju (o perspektywach żeglugi wiślanej napiszę dalej). Zwiększenie głębokości można uzyskać, zwężając koryto. Nie przynosiło to w pełni zamierzonych rezultatów. W zwężonym korycie nadal występują przemiały (wędrujące piaszczyste płycizny). Prowadzono i prowadzi się nadal na wielką skalę pobór piasku z koryta dla budownictwa pod hasłem usuwania przemiałów, co ma charakter syzyfowej pracy. Budowle regulacyjne były systematycznie niszczone przez wodę, a więc odbudowywano je coraz solidniej w postaci tam, a nawet ścian betonowych. W latach dziewięćdziesiątych rozpoczęto działalność, która stała się gwoździem do trumny Wisły warszawskiej. Przestrzenie pomiędzy kolejnymi tamami poprzecznymi, jak również niższe tereny międzywala Wisły, zasypywano milionami metrów sześciennych gruzu budowlanego i ziemi z wykopów, formując w ten sposób wymarzone przez hydrotechników stabilne, trójdzielne koryto regulacyjne. Wysypiska te szybko porosły krzakami i drzewami, tworząc przeszkodę dla spływu wielkich wód i lodów. Pojawiła się konieczność wycinki roślinności, kosztownej i kontestowanej przez ekologów. Działania regulacyjne są sprzeczne z naturą. Naturalna rzeka płynie zgodnie z prawami fizyki, które wymuszają meandrowanie, powstawanie przemiałów i plos, czyli odcinków płytkich i głębokich, erozję brzegów wklęsłych i sedymentację na brzegach wypukłych. Naturalna rzeka nieustannie zmienia koryto. W szerokiej często na kilkanaście kilometrów historycznej dolinie Wisły w każdym jej miejscu było kiedyś główne koryto. Regulacja usiłuje zmienić te naturalne procesy jest więc próbą działania wbrew prawom fizyki. Wynika z tego szereg negatywnych skutków oraz konieczność nieustannej odbudowy zniszczonych budowli. Wszystko to kosztuje i taką działalność można uznać za sensowną tylko wówczas, gdy korzyści są istotnie większe od kosztów.. W moim przekonaniu upieranie się, że Wisła jest drogą wodną i ponoszenie przez podatników kosztów (nie tylko ekonomicznych, ale również społecznych i środowiskowych) na utrzymania tej pseudo-drogi jest absurdem. Na temat perspektyw żeglugi wiślanej wypowiem się dalej. W tym miejscu odpowiem wreszcie na pytanie, dlaczego w Warszawie nie ma plaż. W szeroko rozlanym naturalnym korycie, dno, zwłaszcza na brzegach wypukłych, jest płaskie, a woda w znacznej części koryta płytka. Podczas stanów średnich i niskich (a te trwają najdłużej) te części dna odsłaniają się i tworzą plaże. Plaże nie porastają roślinnością, bowiem jest ona niszczona podczas wezbrań zwłaszcza związanych z pochodem lodów. Wezbrania czyszczą plaże i piasek mimo intensywnego (kiedyś) użytkowania jest czysty. Plaże zanikły bowiem: Zwężenie koryta poprzez regulację oraz pobór z koryta piasku w ilościach przekraczających ilości piasku przenoszonego przez rzekę spowodowały w Warszawie obniżenie się poziomu dna o blisko 3 metry. Ilustruje to Rys.1 opracowany na podstawie wyników obserwacji służby hydrologicznej. Dawne plaże znalazły się powyżej zasięgu wody (są obecnie zalewane co kilkanaście lat, a kiedyś były zalewane średnio dwa razy w roku) W połączeniu z wysypywaniem gruzu i ziemi z wykopów spowodowało to bujny rozwój roślinności i utratę funkcji plażowo rekreacyjnych. Tereny te stały się nieużytkami (kluby zostały odcięte od wody). Są one aktualnie nielegalnymi wysypiskami śmieci, a użytkowane są głownie przez kloszardów i narkomanów. Należy dodać, że stracili głównie ludzie (plażowicze i członkowie klubów), natomiast busz porastający tereny zalewowe stał się siedliskiem licznych gatunków ptaków i może stanowić atrakcję przyrodniczą. Inne przyczyny odwrócenia się miasta od WisłyBrudna wodaRozwój ciężkiego przemysłu i osadnictwa bez dbałości o środowisko spowodował, iż rzeka zamieniła się w cuchnący kolektor ścieków. Apogeum tego procesu przypadało na przełom lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych. Oczywiście mało kto chciał wypoczywać nad ściekiem (wytrzymywali to niektórzy wędkarze po znieczuleniu się stosownymi napojami), zwłaszcza że powstało stosunkowo czyste Jezioro Zegrzyńskie. Po zmianie ustroju najpierw upadła część przemysłu, a potem ze środków europejskich zaczęto budować oczyszczalnie. Jakość wody poprawiła się znacznie – stwierdzam to, kajakując powyżej Warszawy. Niestety woda nadal nie bardzo nadaje się do kąpieli, ale miejmy nadzieję, że nastąpi poprawa (wymusi to ustawodawstwo Unii Europejskiej). Konkurencja Jeziora Zegrzyńskiego, a ostatnio również Jezior MazurskichDla większości żeglarzy i windsurferów wielkie jezioro o stosunkowo czystej wodzie jest atrakcyjniejsze od Wisły. Nastąpił więc exodus klubów żeglarskich nad Jezioro Zegrzyńskie. Powszechne posiadanie samochodów spowodowało, że wielu właścicieli jachtów spędza weekendy na Mazurach. Nie w pełni podzielam te gusty. Leniwe żeglowanie wielkimi jachtami kabinowymi po wielkich jeziorach („żeglarstwo szuwarowe”) jest nudne - próbowałem. Dopłynięcie z Warszawy do Świdra i powrót żaglówką (bez silnika !) to zawsze przygoda, zważywszy kapryśny wiatr, silne prądy i liczne mielizny – nuda nie grozi. Oczywiście to rzecz gustu i poza dyskusją, ale sądzę, że teraz, gdy woda jest dosyć czysta, znajdą się żeglarze preferujący Wisłę. Poza wszystkim, korzystając z Wisły, nie tracimy czasu na dojazdy i wystawanie w korkach. SnobizmCzasem przeglądam magazyny żeglarskie. Podobne są do magazynów motoryzacyjnych - dominują omówienia ekskluzywnych jachtów (samochodów), poza zasięgiem finansowym naszej klasy średniej. Obserwacja (nie uczestnicząca) marin w Mikołajkach i nad Jeziorem Zegrzyńskim sugeruje, że celem jest raczej demonstracja możliwości finansowych, a nie żeglowanie. Jest to typowe zachowanie ludzi, którzy się dorobili. Dzięki Zbyszkowi i jego znajomościom miałem możliwość pływania po Atlantyku u wybrzeży Bretanii. W portach jachtowych cumują tam dziesiątki tysięcy jachtów. Większość z nich nie wychodzi w morze. Są wyrazem możliwości finansowych armatora i wykorzystuje się je głównie do organizowania przyjęć. Wisła nie nadaje się do demonstrowania przynależności prawdziwej lub potencjalnej do klasy wyższej i dlatego nie widuje się na niej eleganckich okrętów. Doceniając siłę sprawczą snobizmu proponuję snobizm wyższej kategorii. Polega on na wiernej rekonstrukcji tradycyjnych łodzi i statków Ruch taki rozwija się na Loarze i może warto go propagować na Wiśle. Legenda żeglugi wiślanejPewna liczba właścicieli barek i sentymentalnych staruszków agresywnie domaga się powrotu dawnej świetności żeglugi wiślanej. Oczywiście budowę i utrzymanie drogi wodnej wraz z portami traktuje się jako obowiązek państwa czyli kosztem podatników. Jest to podobnie sensowne jak przywrócenie kosztem podatników dyliżansów. Opłacalna żegluga towarowa wymaga możliwości pływania statków o zanurzeniu, co najmniej 1,8 metra przez 250 dni w roku. Wisła warszawska (uregulowana !) umożliwia pływanie statków o takim zanurzeni przez kilkanaście dni w roku, podczas wezbrań. Stworzenie z Wisły drogi wodnej z prawdziwego zdarzenia wymagałoby pełnej kanalizacji, czyli budowy kilkudziesięciu stopni wodnych podobnych do istniejącego stopnia we Włocławku. Kosztowałoby to kilkadziesiąt miliardów złotych i powodowało całkowite zniszczenia środowiska. Za to zniszczenie Wspólnota Europejska mogłaby obciążyć Polskę karami porównywalnymi z kosztami inwestycji, bowiem dolina Wisły objęta jest programem ochrony siedlisk „Natura 2000”. Warto w tym miejscu nadmienić, że zalecenia Wspólnoty nie są spójne. Z jednej strony prawo wspólnotowe każe chronić siedliska i ekosystemy wodne, a z drugiej zaleca rozwijanie żeglugi śródlądowej jako ekologicznej alternatywy transportu drogowego. Można to wytłumaczyć faktem, iż w europie zachodniej istnieją (budowane w ubiegłych stuleciach) drogi wodne oraz istnieją rzeki nadające się do opłacalnej żeglugi bez szczególnych inwestycji (n. p. środkowy i dolny Ren, Dunaj). W Polsce takich rzek i dróg wodnych nie mamy, wbrew rozpowszechnionym poglądom nie należy do nich również Odra. Żegluga wiślana rozwijała się gdy przewozy towarów były znikome w porównaniu z obecnymi oraz brak było alternatywnych możliwości transportu dużych ładunków. Mało kto zdaje sobie sprawę, ze suma ładunków przewożonych rocznie w Polsce w roku 1938 stanowiła kilka procent przewozów obecnych, a znaczący procent tych ładunków przewoził transport konny. Wówczas towarowa żegluga śródlądowa miała sens. Śródlądowy transport wodny w Polsce upadł i nigdy się nie podniesie głównie ze względów ekonomicznych. Symptomatyczna jest historia drogi wodnej Gnojno – Warszawa. Gnojno to wieś nad Narwią powyżej Pułtuska, gdzie w krycie rzeki występują wielkie pokłady żwiru potrzebnego budownictwu. W latach sześćdziesiątych znacznymi nakładami uruchomiono drogę wodną z Gnojna do Warszawy. Przez wiele lat wydobywano żwir pogłębiarkami i przewożono do Warszawy, przez Narew i Kanał Żerański. Funkcjonowało to w realnym socjalizmie ponieważ nie prowadzono analiz ekonomicznych, zresztą nie możliwych ze względu na brak realnych, rynkowych cen. Gdy analizy takie stały się możliwe okazało się, że taniej jest wozić żwir samochodami. Tak więc, nawet gdy droga wodna istnieje i państwo ją utrzymuje, wykorzystanie jej do celu transportu ładunków masowych okazuje się nieopłacalne. WizjaUdział w posiedzeniach Komisji Wisły Warszawskiej przekonał mnie, że, upraszczając, są dwie konkurencyjne wizje Wisły warszawskiej. Jedna traktuje jako model Sekwanę w Paryżu, w okolicy Notre Dame – obustronne kamienne bulwary, piękne mosty, stara architektura, kafejki i restauracje, spory ruch statków. Druga przyjmuje raczej model Bugu w Broku (uwzględniając proporcje). Jeden brzeg to miasto z jego infrastrukturą, a drugi brzeg to łęgi nadbużańskie. Jestem zwolennikiem idei rozwoju zrównoważonego i tylko model Bugu (wynikający raczej z pewnego opóźnienia cywilizacyjnego, a nie świadomych decyzji) może być przykładem realizacji tej idei. Uważam, że uwzględniając istniejącą sytuację model zrównoważony jest w Warszawie realny. Oto moje postulaty: Lewy brzeg Wisły to miasto, A więc bulwary, promenady, gastronomia, kultura, przystanie statków białej floty. Projekt zagospodarowania lewego brzegu przedstawiony przez architektów podoba mi się i uważam, że jest godny poparcia. Prawy brzeg Wisły to łęg (tylko w międzywalu) zagospodarowany w sposób, który pogodzi w jak największym stopniu potrzeby sportu, rekreacji i przyrody. W odróżnieniu od brzegu lewego jest to poważne wyzwanie dla projektantów zagospodarowania przestrzennego. Projektu takiego, moim zdaniem, brak. Powinien on spełniać pewne warunki brzegowe, które postaram się sformułować: 1. Zakaz realizacji jakichkolwiek obiektów utrudniających spływ wielkich wód, w tym lansowanych często progów i jazów. Uruchomienie powyżej miasta polderów zmniejszających ryzyko powodzi – wzorem polderów istniejących na Loarze. 2. Posprzątanie wysypisk śmieci i gruzów oraz utrzymywanie służb pilnujących porządku. 3. Sukcesywne, w miarę utraty pozwoleń, usuwanie z miasta piaskarni. Powinny one być przeniesione w dół rzeki, gdzie tworzą się odsypiska. 4. Likwidacja fikcji drogi wodnej. Loarę, kiedyś „kręgosłup królestwa”, dawno skreślono z wykazu dróg wodnych, co nie spowodowało zaniku żeglugi, lecz tylko rezygnację z nieopłacalnej żeglugi towarowej. Zlikwiduje to konieczność „utrzymania”, czyli usuwania przemiałów i odbudowy zniszczonych przez wodę budowli regulacyjnych, a więc działań, które zdegradowały Wisłę warszawską. Oczywiście należy popierać wszelkie formy żeglugi turystycznej i rekreacyjnej, ”białej floty”, i promów z zastrzeżeniem, iż parametry statków powinny być dostosowane do naturalnych warunków rzeki. 5. Izolacja od hałaśliwej i cuchnącej drogi (wału Miedzeszyńskiego). Praktyczne możliwości to tunel (najlepszy, lecz drogi) lub różnego rodzaju ekrany. 6. Łatwy i bezpieczny dostęp do rzeki – mostki, tunele. (Uwaga: punkty 3, 4 i 5 dotyczą również lewego brzegu). 7. Zakaz poruszania się quadami, motocyklami, skuterami wodnymi i hałaśliwymi motorówkami. To zalecenie dotyczy całej Wisły warszawskiej. Infantylni chłopcy często pięć dziesięcioletni powinni mieć rezerwat dla uprawiania swojego hobby, ale poza miejscem przebywania innych użytkowników. Wiem, że to jest niepoprawna politycznie dyskryminacja, ale przecież jeśli inteligentni inaczej zagrażają pozostałym, to się ich izoluje. Często pływam (wpław) po Jeziorze Zegrzyńskim i wiem, czym grozi kolizja pływaka ze skuterem wodnym. Oczywiście należy dać zielone światło dla (cichych) statków białej floty i promów. 8. Swobodne przejście wzdłuż rzeki – należy wprowadzić zakaz grodzenia posesji wykorzystywanych przez kluby i innych użytkowników. Jedyny dozwolony pojazd to rower – w takim wypadku pojawia się konieczność wytyczenia ścieżek dla rowerzystów i pieszych. Zakaz parkowania samochodów w międzywalu. 9. Pływające pomosty do cumowania statków białej floty, żaglówek i kajaków – wypróbowane rozwiązanie na rzece o ośmiometrowej amplitudzie wahań poziomów wody. 10. Likwidacja zbędnych budowli regulacyjnych (nie dotyczy tych, które chronią wały i ujęcia wody). 11. Stała pielęgnacja roślinności łęgowej. Usuwanie gatunków obcych i przerostów wikliny, utrudniających spływ wielkich wód i lodów. Usuwanie sukcesji roślinnej na wydzielonych plażach. Nierealne jest naturalne odtworzenie plaż – trzeba w uzgodnieniu z przyrodnikami wyznaczyć miejsca do plażowania, nawieźć piasku i dbać o jego czystość. 12. Strzeżone kąpieliska, a dla posiadaczy specjalnych licencji pozwolenie na pływanie bez ograniczeń. W czasach mojej młodości takim pozwoleniem był „żółty czepek”. Trzeba było, o ile dobrze pamiętam: przepłynąć 1500 metrów bez odpoczynku kilkoma stylami i w rozsądnym tempie, przepłynąć pod wodą 25 metrów i skoczyć na głowę z wysokości 3 metrów. Tacy ludzie się nie topią o ile są trzeźwi i nie staranuje ich skuter wodny. Nie ma sensu zakazywanie im kąpieli na własną odpowiedzialność. Żółty czepek to anachronizm – jak sprawdzić tożsamość gołego człowieka ? Ale wynaleziono chipy wykorzystywane na pływalniach, mogą zawierać cyfrowe zdjęcie uprawnionego właściciela. ZakończenieNie jestem tak naiwny, by sądzić, że postulaty zawarte w p. 8 zostaną szybko i w całości zrealizowane. Uważam jednak, że warto mieć wizję. Jest ona z pewnością rozsądniejsza i bardziej realna od np. lansowanego przed laty projektu „Świder bis”, wymagającego budowy zapory w miejscu Mostu Siekierkowskiego i kilkudziesięciu kilometrów zapór bocznych lub różnych wariantów spiętrzenia rzeki. Kończąc, jeszcze raz wspomnę Loarę, gdzie wiele udało się zrobić dla ożywienia rzeki i zmniejszenia ryzyka powodzi. Warto z tego przykładu korzystać – Stowarzyszenie Wisła – Loara z pewnością pomoże. Janusz Żelaziński |